Zaczęliśmy, jak nigdy od street food. Trafiliśmy do polecanego BORS GASZTRO BAR. Zamówiliśmy dwie bagietki – TOKI POMPAS z tradycyjną węgierką pikantną kiełbaską – KOLBASZ oraz French Lady z konfiturą malinową, indykiem i serem, a także lemoniadę z mango. Przekąski były w porządku, miejsce jest specyficzne, na pewno z klimatem. Mi smakowało, ale nie wszystkich zachwyciło z mojej grupy🙂
Na kawę i ciastko udaliśmy się do miejsca o zupełnie innym charakterze – jednej z najpiękniejszych kawiarni NEW YORK CAFÉ. Wnętrze zapiera dech w piersiach, muzyka na żywo…Aż się prosi spróbować tutaj lokalnej specjalności czyli tortu Dobosa wymyślonego przez budapesztańskiego cukiernika. Tort składa się z 6 cieniutkich blatów biszkoptowych przełożonych maślanym, czekoladowym kremem. Niestety w karcie nie było…
Skusiłam się więc kawę po węgiersku HUNGARIAN COFEE, która zawiera : kawę, miód, Tokaj oraz bitą śmietanę, a także na SAMLOI SPONGE CAKE czyli jeden z najbardziej znanych i bardzo pracochłonnych do wykonania deserów węgierskich. Składa się z trzech rodzajów biszkoptu – zwykłego, czekoladowego oraz orzechowego, trzech sosów waniliowego, czekoladowego, rumowo-pomarańczowego, na wierzchu jest bita śmietana.
Po takim podwieczorku długi spacer po klimatycznym Budapeszcie był uzasadniony.
Trafiliśmy do największej synagogi w Europie, duże wrażenie zrobił na nas gmach Parlamentu, a pomnik Buty na brzegu Dunaju upamiętniający ofiary Holokaustu wywołał chwilę zadumy…
Na kolację spróbowałam lokalnej pikantnej GOULASH SOUP zupy z warzywami i wołowiną na bazie podstawowego składnika tutejszej kuchni – papryki oraz odrobinę lokalnego wina.
W planach był jeszcze LANGOSZ tutejszy drożdżowo- ziemniaczany placek z dodatkami – ale już nie dałam rady. Następnym razem będzie to obowiązkowa pozycja do spróbowania. A mam ochotę tu jeszcze na weekend wrócić….








